Sezon 2001/2002 był czarną kartą gorzowskiego piłkarstwa i kuriozum na skalę ogólnopolską. Gorzów, 130-tysięczne miasto wojewódzkie pozostało bez żadnej (sic!) drużyny w żadnych (sic!) rozgrywkach. Stadion, który jeszcze w 2001 roku gościł choćby świetną wtedy drużynę Szczakowianki Jaworzno (pewnie zmierzającą rok po roku z IV ligi do ekstraklasy), nagle zamarł. Ten stan rzeczy nie mógł utrzymać się długo. Po roku klub zgłoszono do V ligi. Reaktywowany zespół pod wodzą Leszka Janowiaka (po rundzie jesiennej zastąpił go Włodzimierz Stronczyński) nie miał wielkich szans na nawiązanie walki z czołówką, co pokazał już pierwszy przegrany 0:3 mecz z Błękitnymi Lubno. Zespół był sklecony z piłkarzy z okolicznych klubów i młodych wychowanków. W składzie byli m.in. obecny prezes Stilonu Mariusz Stanisławski a także wieloletni dyrektor, a obecnie wiceprezes Stali Gorzów Ireneusz M. Zmora (strzelił nawet bramkę w meczu z Koroną Borek). Kolejny sezon w okręgówce był już koncertem GKP Stilonu. Trenowani przez Zenona Burzawę Niebiesko-Biali gromili kolejnych rywali. Rekordowe wygrane to dwukrotne 9:0 z Pogonią Krzeszyce (6 bramek Mariusza Hołuba) i Zjednoczonymi Przytoczna (popis Piotra Jonasza z 5 golami). Stilon – już pewny awansu – zanotował jedynie porażkę w Santoku z Kasztelanią 0:1 i mógł się szykować do IV-ligowych rozgrywek. Tam już m.in. z obecnym grającym II trenerem Pawłem Cierachem, powracającym do klubu Jackiem Gireniem a także dobrze zapowiadającymi się Damianem Szałasem i Łukaszem Maliszewskim, podopieczni Zenona Burzawy nieoczekiwanie znów walczyli o awans, tym razem do III ligi. Pod koniec rundy jesiennej pokonali oni głównego rywala Pogoń Świebodzin 1:0 po golu Dawida Krzyżaka i wydawało się, że powrót do III ligi jest na wyciągnięcie ręki. Niestety straty punktów wiosną z przeciętnymi Odrą Bytom Odrzański i Tęczą Krosno Odrzańskie oraz z późniejszym spadkowiczem Pogonią Skwierzyna mocno utrudniły to zadanie. Gorzowianie w przedostatniej kolejce mieli jeszcze cień szansy na awans w bezpośrednim starciu w Świebodzinie, ale porażka 1:3 ostatecznie kazała odłożyć marzenia o powrocie do III ligi o kolejny rok. We wspomnianym następnym sezonie w zespole zaszło kilka zmian, w tym jedna dość nie oczekiwania – ku niezadowoleniu kibiców legendę klubu Burzawę zastąpił były bramkarz Stilonu, Andrzej Rejman. GKP Stilon, mający już otwarcie postawiony cel awansu, rozpoczął sezon co prawda od 3 remisów, ale późniejsza seria zwycięstw została przerwana tylko nieoczekiwaną porażką z Błękitnymi Fadom Nowogród Bobrzański 0:1 (pomimo miażdżącej przewagi podopiecznych trenera Rejmana). Wywindowała ona na dobre GKP na 1. miejsce w tabeli. Świętowanie awansu miało przypaść na mecz 30. kolejki z Lubuszaninem Drezdenko, ale porażka 0:1 odłożyła to święto na mecz w Toporowie. Ostatecznie jednak fani Stilonu powrót do III ligi świętowali…w domach, gdyż dzień przed meczem w Toporowie punkty stracili Czarni Witnica. Pewny już awans podopieczni Andrzeja Rejmana uczcili dwoma pogromami, najpierw 6:1 w Toporowie, a później przed gorzowską publicznością już 7:1 z Celulozą Kostrzyn. Zupełnie rozprężony zespół przegrał jeszcze 3:4 w Nowogrodzie Bobrzańskim, ale to niczego nie zmieniało. Awans wywalczyła, jak to się popularnie mówi, mieszanka rutyny z młodością. Był w bramce Tomasz Jeż, ale mocno mu deptał po piętach młody Szymon Mielniczek. Grali też znani z dawnych lat Dariusz Borowy i Maciej Malinowski. Byli bracia Kuźmińczukowie, wspomniani wcześniej Maliszewski i Szałas, a także choćby Marcin Całko, mający na koncie jeden mecz w ekstraklasie w barwach Pogoni Szczecin i to mecz historyczny, bo przegrany przez Pogoń w Zabrzu 0:9.

IMG 2979III liga zapowiadała się bardzo ciekawie choćby z tego względu, że miał w niej zagrać zespół GKS Katowice, wracający po bankructwie z IV-ligowej banicji. Także GKS Jastrzębie, Raków Częstochowa, Chrobry Głogów czy Lechia Zielona Góra to były firmy, dzięki którym łatwiej było przyciągać coraz liczniejszych kibiców na stadion. Na pierwszy mecz z Rozwojem przybyło ich 1,5 tysiąca i od tej pory poniżej tego poziomu frekwencja raczej nie schodziła. GKP pod wodzą już Marka Czerniawskiego (później zastąpił go Mariusz Kuras) przystąpił do tych rozgrywek we wzmocnionym składzie. Powrócił m.in. utalentowany i trochę ekscentryczny bramkarz Dawid Dłoniak, przyszedł z Pogoni Świebodzin ograny w ekstraklasie Adam Więckowski (13 występów w Pogoni Szczecin) oraz kilku innych solidnych zawodników. Gorzowianie, pomimo że odstawali od ścisłej czołówki, napsuli sporo krwi faworytom rozgrywek. Zremisowali w Jastrzębiu 1:1 tracąc bramkę w 90. minucie gry, a kilka kolejek później pokonali w Katowicach słynną „Gieksę” 2:1. Niestety jednak sporo remisów sprawiło, że gorzowski zespół trzymał się wciąż środka tabeli. Wiosną już pod wodzą Mariusza Kurasa, który przejął zespół w trakcie rundy, Niebiesko-Biali odwdzięczyli się szczególnie tym kibicom, którzy pierwszy raz od wielu lat tak mocno zapełnili stadion przy ul. Olimpijskiej. Przy ponad 5-tysięcznej widowni po bramce Macieja Malinowskiego nasz zespół znów odprawił GKS Katowice z kwitkiem. To było prawdziwie święto gorzowskiej piłki dające nadzieje na jeszcze lepsze czasy wkrótce. 9. miejsce na koniec sezonu sprawiło, że zespół znów został wzmocniony. Powrócił m.in. z Kujawiaka Włocławek wychowanek Stilonu Robert Gaca, mający za sobą też nieudaną przygodę we Wronkach. Nie przebił się on jednak do pierwszego zespołu Amiki, choć udało mu się usiąść na ławce w meczu Pucharu UEFA z Malagą, dzięki pladze kontuzji we Wronkach. Doszedł także syn nieżyjącego już byłego trenera Stilonu Edwarda Kassiana, Kamil. Przybył też doświadczony Marcin Morawski, który w barwach Widzewa zdobywał doświadczenie na boiskach ekstraklasy. Doszedł też kolejny wychowanek, będący również dziś w składzie Robert Kozioła. Na ławce trenerskiej Grzegorz Kowalski zastąpił Mariusza Kurasa, który nie porozumiał się z klubem. Na Kowalskiego, prowadzącego wcześniej Lechię Zielona Góra, patrzono nieufnie. Szkoleniowiec pochodzący z Wrocławia nie potrafił też kilka lat wcześniej podnieść z III-ligowego dna Śląska Wrocław, z którego wyleciał po kompromitującej porażce u siebie z TOR Dobrzeń Wielki. Jednak GKP Stilon trzymał się dzielnie głównego faworyta rozgrywek, Częstochowskiego Rakowa (w rundzie jesiennej remis 1:1). Mecz wiosenny miał dać odpowiedź czy to już teraz, czy GKP jest w stanie awansować na zaplecze ekstraklasy. Odpowiedź wydawała się negatywna. Gorzowianie na stadionie przy ul. Limanowskiego przegrali 0:2 i wydawało się, że awans oddala się bezpowrotnie. Jednak Raków po drodze gubił punkty, a podopieczni Grzegorza Kowalskiego zaliczyli tylko 3 remisy i w wypadku wygranej w przedostatniej kolejce z Chrobrym Głogów i straty punktu grającego w tym samym czasie Rakowa z Miedzią Legnica bylibyśmy w I lidze. Wypełniony gorzowski stadion mocno dopingował Stilonowców i oczekiwał na wieści z Częstochowy. I kiedy spiker podał informację że Miedź prowadzi 1:0 po golu późniejszego Stilonowca Michała-Ilków Gołąba, na trybunach zapanowała niesamowita euforia. Oznaczało to bowiem, że nawet remis daje nam awans. Niestety, Raków odrobił straty i wyszedł na prowadzenie, a gorzowski zespół pomimo ogromnej przewagi i strzelenia dwóch bramek (nie uznanych przez arbitra), zremisował 0:0 i zniwelował swoje szanse. Żeby awansować, Stilonowcy musieli wygrać bez względu na wynik w Nowej Soli lub co najmniej zremisować w Katowicach z Rozwojem i liczyć na remis Rakowa ze zdegradowaną już Arką Nowa Sól. Porażka Rakowa (która wydawała się zupełnie nieprawdopodobna) dawała nam awans bez względu na wynik meczu w Katowicach. 60 kibiców Stilonu w Katowicach i zapewne tysiące przed radioodbiornikami przeżyło jednak niezapomniane popołudnie. Zaczęło się co prawda dramatycznie, bo to Rozwój objął w 52. minucie prowadzenie, a Raków – zgodnie z oczekiwaniami – prowadził 2:1 w Nowej Soli. Cztery minuty później gorzowianie wyrównali z karnego po golu Macieja Malinowskiego, ale awans wydawał się wciąż nierealny. Ostatnie kilkanaście minut to już dramaturgia na najwyższym poziomie: najpierw z Nowej Soli przyszła sensacyjna informacja – Arka wyrównała! Niestety, za chwilę w naszym polu karnym padł jeden z napastników Rozwoju i gospodarze mieli jedenastkę. Gdyby Marcin Polarz ją wykorzystał, Raków przy remisie byłby w I lidze. Jednak piłkarz Rozwoju strzelił w słupek. Za chwilę jednak okazało się że nawet gdyby trafił, nie przeszkodziłoby to nam w awansie, gdyż Nowosolanie już zupełnie sensacyjnie objęli prowadzenie 3:2! Ostatnie sekundy to nerwowe spoglądanie na boisko gdzie i GKP i Rozwój mieli swoje szanse. Do tego oczywiście nasłuchiwanie meczu w Katowicach! Wreszcie koniec, euforia, radość, I liga dla Gorzowa!

Stilon do I ligi przystąpił mocno zmieniony, choć (na krótki czas) wciąż pod wodzą Grzegorza Kowalskiego. Transferów było sporo, a najbardziej medialnym było przyjście 13-krotnego reprezentanta Polski, piłkarza mającego za sobą grę m.in. w Lechu Poznań, Legii Warszawa, Polonii Warszawa i Wiśle Kraków, Pawła Kaczorowskiego. Po fatalnym początku i porażce z innym beniaminkiem, Flotą Świnoujście 0:1 (przy niemal 7-tysięcznej widowni) i zwieńczonym porażką 0:3 w Łodzi (co i tak chyba było najniższym wymiarem kary z przebiegu gry), Grzegorza Kowalskiego zastąpił Czesław Jakołcewicz. Były wieloletni obrońca Lecha i reprezentant Polski wywindował GKP Stilon, kończąc rundę zremisowanym w dramatycznych okolicznościach meczem z głównym faworytem do awansu Zagłębiem Lubin 2:2. Jednak w przerwie zimowej nieoczekiwanie zwolniono Jakołcewicza, zastępując go wracającym po wielu latach Mieczysławem Broniszewskim. Broniszewski już wtedy odcinał kupony od swojej trenerskiej kariery (a po odejściu ze Stilonu był choćby asystentem selekcjonera reprezentacji Polski Henryka Apostela, zresztą sam miał selekcjonerskie ambicje) i jego posunięcia kadrowe od początku budziły kontrowersje. Pojawili się przede wszystkim pierwsi w historii Stilonu piłkarze z Afryki. Gwiazdą miał być były piłkarz Wisły Kraków Sunday Ibrahim, ale okazał się, jak i kilku innych piłkarzy (m.in. utalentowany, ale dość kontrowersyjny bramkarz Radosław Jankukiewicz) kompletnym niewypałem. Klub zdobył pod wodzą Broniszewskiego 4 punkty ! w tym 3 walkowerem za wycofaną Kmitę Zabierzów. Jak się później okazało był to początek kłopotów klubu. Pod presją kibiców Mieczysław Broniszewski został zwolniony z klubu, a GKP już pod wodzą Adama Topolskiego utrzymał się w lidze po barażach z Gawinem/Ślęza Wrocław, a godnym zapamiętania był zremisowany przy wypełnionym stadionie mecz z Widzewem Łódź 1:1 (jeszcze pod wodzą Broniszewskiego). Jednak jeden z piłkarzy sprowadzonych okazał się dużym wzmocnieniem i późniejszym zarobkiem dla klubu. Mouhamadou Traore, bo o nim mowa, przyszedł z Glinika Gorlice i jeszcze pod koniec sezonu 2008/2009 „odpalił”, strzeliwszy 10 bramek (9 pod wodzą Topolskiego). Wysoką skuteczność miał także Emil Drozdowicz, który przed sezonem przyszedł z Lechii Zielona Góra. Jednak to jedną z bramek w następnym sezonie w wykonaniu Traore kibice zapamiętali szczególnie, o czym za chwilę.

Gorzowianie pod wodzą Topolskiego przystąpili znów w dość zmienionym składzie. Szczególnie warty odnotowania był powrót Artura Andruszczaka. Przybył także wspomniany wcześniej Gołąb, znany z występów w Lechu Poznań syn trenera David Topolski oraz kilku innych piłkarzy. Sezon zapowiadał się ciekawie, gdyż pierwszy raz od ponad 30 lat z ekstraklasy spadł Górnik Zabrze a na jej zaplecze powróciła traktowana szczególnie w Gorzowie Pogoń Szczecin. Właśnie z tymi dwoma klubami mieliśmy się mierzyć w dwóch pierwszych spotkaniach u siebie. Obie te drużyny odprawiliśmy po 1:0 a szczególną euforię ze zrozumiałych względów wywołała wygrana z Pogonią. W tym meczu Traore zdobył „złotego” i bramka ta była w pewnym sensie prezentem na pożegnanie dla kibiców, ponieważ chwilę później piłkarz przeszedł do Zagłębia Lubin. Kibice Stilonu przeżyli także magiczny tydzień we wrześniu. W centralnych rozgrywkach Pucharu Polski po odprawieniu MKS Kluczbork wiadomo było, że trafimy na zespół z ekstraklasy. Jako że nasze szanse nie były wielkie, wielu marzyło o zespole ze ścisłej czołówki i te marzenia się spełniły! Do Gorzowa miała zawitać warszawska Legia, 3 dni po ligowym meczu z Widzewem. Zespół Adama Topolskiego, choć skazywany na pożarcie, walczył bardzo dzielnie. W transmitowanym przez stację Orange Sport meczu dość szybko przegrywaliśmy po golu Sebastiana Szałachowskiego ale później staraliśmy się przejąć inicjatywę i w 2 połowie było naprawdę blisko szczęścia. Rodowity warszawiak (wychowanek Gwardii), Sebastian Janusiński minął bramkarza reprezentacji Słowacji Jana Muchę i kiedy 5-tysięczna widownia już widziała piłkę w siatce to z linii bramkowej wybił ją hiszpański obrońca Inaki Astiz. Stilon przegrał 0:2, ale wstydu nie przyniósł. Ostatecznie Niebiesko-Biali zakończyli sezon na 9. miejscu i analogia z pierwszym sezonem w III lidze napawała kibiców wręcz marzeniami o zaatakowaniu ekstraklasy. Niestety, te marzenia trzeba było brutalnie zweryfikować. Do zespołu jeszcze wiosną wrócił po nieudanej przygodzie Emil Drozdowicz. Jesienią także doszło kilku młodszych piłkarzy m.in. pochodzący z Różanek, ale mający za sobą już debiut w Polonii Warszawa (i to w meczu Ligi Europy z Holenderskim NAC Breda), Daniel Ciach. Kilku jednak odeszło, m.in. ku niezadowoleniu kibiców kapitan zespołu Maciej Truszczyński i ulubieniec kibiców, bramkarz Dawid Dłoniak, mocno pokłócony z prezesem Sylwestrem Komisarkiem. Zaczęto coraz głośniej mówić o kłopotach finansowych. Zmienił się także trener – Adama Topolskiego zastąpił były trener Lecha Poznań i asystent Antoniego Piechniczka w reprezentacji Polski (w jednym meczu także pełniący funkcje selekcjonera, kiedy to Biało-Czerwoni pokonali w eliminacjach MŚ Gruzję 4:1), w przeszłości także świetny obrońca Krzysztof Pawlak.

GKP Stilon zaczął co prawda sezon od 2 wygranych z Sandecją Nowy Sącz i Ruchem Radzionków, ale później przyszły gorsze występy i ostatecznie zakończyliśmy rundę jesienną tuż nad strefą spadkową. Zimą wydawało się, że wiosną na obronienie tej pozycji nie będziemy mieli szans i dojdzie do wycofania z rozgrywek, jednak ostatecznie w dramatycznych okolicznościach udało się przystąpić do ligi. Już bez prezesa i zarządu, z kibicami zbierającymi do puszki pieniądze dla piłkarzy w osłabionym składzie. Gorzowianie walczyli dzielnie, urywali punkty choćby Odrze Wodzisław czy GKS Katowice i wydawało się, że choć upadek był już niemal nieuchronny, to chociaż uda się ten sezon dokończyć, a kibice liczyli głównie na mecz z Pogonią w Gorzowie oraz wyjazd do Warty Poznań i możliwość dopingowania Niebiesko-Białych na przepięknym stadionie miejskim przy ul. Bułgarskiej. Niestety, 30 kwietnia 2011 roku po niezasłużonej z przebiegu gry porażce z KSZO Ostrowiec 1:2 (gol Daniela Ciacha), zakończył się rozdział pod tytułem :”Gorzowski Klub Piłkarski”. Zespół ostatecznie wycofał się z rozgrywek, a piłkarze rozjechali się po kraju.